Showing posts with label our writing / nasze prace. Show all posts
Showing posts with label our writing / nasze prace. Show all posts

Saturday, 30 November 2013

Matka Teresa

Przedstawiamy pracę Kuby, który wykorzystał tu wiele źródeł.

Matka Teresa – Jej wielki sukces
 
Matka Teresa (urodzona pod imieniem Anjezë Gonxha Bojaxhiu), urodziła się w mieście Skopje w Macedonii, w 1910 roku. Była Wielką Misjonarką i Religijną Humanitarystką. Jest jedną osób, które osiągnęły wielki sukces. Już w młodym wieku, mając dwanaście lat, usłyszała głos Boga, i postanowiła poświęcić Mu swe życie. Została misjonarką, w bardzo młodym wieku mając osiemnaście lat, dołączając do grupy sióstr zwanej Siostry Loreto, która była założona w Irlandii. Tam uczyła  się być misjonarką. Rok później pojechała do Kalkuty w Indiach, aby stworzyć grupę sióstr zwaną Misjonarki Dobroczynności.
 
Sukcesy
 
Gdy była w Indiach, zaczęła swoją misjonarską pracę z paroma rupiami i kostką mydła. Jakiś mężczyzna zapytał się jej czy ma coś do jedzenia, więc dała mu garstkę ryżu. Następnego dnia mężczyzna umarł. Pomyślała więc sobie, że naprawdę trzeba działać w Kalkucie i została tam wiele lat, gdzie niosła pomoc wraz z innymi misjonarkami, których było coraz więcej i więcej. W ten sposób pomogły bardzo dużej liczbie dzieci i dorosłych. W tym biednym, chorym, cierpiącycm i umierającym ludziom, pomagając najpierw w Kalkucie, a potem na całym świecie. Według mnie
to jest bardzo wzruszające, że ona była bardzo łagodna wobec dzieci, często je przytulała, brała umierających do hospicjum, pomagała i leczyła takie dzieci, które cierpiały okropnie z powodu jakiejś choroby lub były bezdomne albo nie miały rodziców. Te dzieci, które ją widziały, na pewno zapamiętają to na resztę swojego życia, szczególnie jeśli udało jej się im pomóc. Jeśli ja bym ją zobaczył to bym bardzo serdecznie podziękował jej za to, że była dobra dla ludzi.
 
W latach tysiąc dziewięćset sześćdziesiątych, dzięki Matce Teresie udało się sfinansować bardzo dużo szpitali, domów dziecka, szkół i schronisk dla trędowatych. W szpitalach była pielęgniarką a w szkołach dyrektorem. W szkołach bardzo dobrze kształciła dzieci, które wcześniej nie chodziły do szkoły, bo były bardzo biedne. W tej dekadzie, Matka Teresa zaczęła być bardzo rozpoznawalna.
Główne nagrody
 
Za jej wybitną pracę, pomoc i wielkie czyny, otrzymała m.in. Nagrodę Ramona Magsaysaya (1962), Nagrodę Templetona (1973), Prezydencki Medal Wolności (1985), i najważniejszą ze wszystkich, Pokojową Nagrodę Nobla (1979).
 
Ostatnie lata jej życia
 
W 1983 roku, w czasie wizyty Jana Pawła drugiego, doznała ataku serca. Przez resztę jej życia ataki serca się jej powtarzały. W 1997 roku doznała ostatniego ataku serca, w miejscu gdzie spędziła większość jej życia misyjnego w Kalkucie w Indiach. Do dzisiejszego dnia, Jej grobowiec pozostaje celem wielu pielgrzymek i modlitwy dla tysięcy ludzi z całego świata. Jej grupa Misjonarek Dobroczynności po jej śmierci prowadziła już 610 misji w 123 krajach. I to jest naprawdę zdumiewające. W 1999 roku w ankiecie przeprowadzonej w USA, Matka Teresa została uznana za najbardziej podziwianą osobę dwudziestego wieku. Swoimi czynami odmieniła świat.
 

Monday, 18 November 2013

Harry Styles


Zuzia uwielbia Harrego Stylesa i postanowiła go opisać jako przykład osoby, która osiągnęła sukces.


 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
Większość z nas ma jakieś marzenia, plany lub coś, co chcemy osiągnąć. Każdy widzi sukces inaczej. Ja zaś myślę, że sukces to jest wtedy, kiedy ktoś spełni swoje marzenie lub osiągnie wyznaczony sobie cel.

Według mnie osoba, która osiągnęła sukces to Harry Styles. Urodził się on pierwszego lutego w Anglii i jak miał siedem lat jego rodzice się rozwiedli. Umie on grać na kazoo i na gitarze. Podobno jest żartownisiem grupy, jest delikatny, miły i wytrwały. Słucha muzyki pop i rock i jego hobby to śpiewanie, surfing i granie na gitarze. Lubi kolor pomarańczowy, niebieski i czerwono różowawy. Jego ojczym był bardzo blisko Harrego i jego mamy i to on dał Harremu pomysł, żeby zacząć śpiewać. Kiedy Harry skończył piętnaście lat zaczął śpiewać i rok później wraz ze swoimi trzema najlepszymi przyjaciółmi stworzył grupę White Eskimo. W końcu, 11 kwietnia 2010 roku, Harry poszedł na przesłuchanie do X-factora. Zaśpiewał piosenkę Stevie Wondera ‘Isn’t She Lovely’, i przeszedł dalej. Niestety odpadł w bootcampie razem z czteroma innymi chłopcami: Niall Horanem, Zayn Malikiem, Louis Tomlinsonem i Liam Payneem. Na szczęście Nicole Scherzinger (gościnny juror) wymyśliła, żeby tych pięciu chłopców połączyć w jeden zespół – One Direction. Wtedy rozpadł się zespół White Eskimo, ale, szczerze, to mi to nie przeszkadza.

 Na początku mieli się nazywać Status Single, ale Harry wpadł na pomysł, żeby nazwać grupę One Direction. Harry jest najmłodszy z chłopców, ale widocznie mu to nie przeszkadza. Cieszę się za niego i obym go poznała.

Teraz śpiewa w największym boysbandzie na świecie i jak już mówiłam pobili Beatlesów w tamtym roku (sprawdziłam :D). Niedawno, pierwszego czerwca, mama Harrego, Anne Cox, wzięła ślub z Robin Twistem, który teraz jest ojczymem Harre’go.

Według mnie mój kochany ^-^ Harry Styles to osoba, która odniosła sukces.

Monday, 11 November 2013

Wałęsa: Człowiek z nadziei

A tutaj wnikliwa i interesująca praca Dominika!


Wałęsa: Człowiek z nadziei

Lech Wałęsa to, urodzony 29 września 1943 roku w Popowie, polski polityk, współzałożyciel oraz pierwszy przewodniczący Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność.” W latach 1990 do 1995 był prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, oraz laureatem pokojowej nagrody Nobla w 1983 roku. Postanowiłem o nim napisać, ponieważ jest znany nie tylko w Polsce, ale również za granicą, oraz dlatego, że ostatnio oglądałem film zatytułowany tak jak to wypracowanie.

Lech Wałęsa w czasach komunistycznych pracował w Stoczni Gdańskiej im. Lenina jako elektryk okrętowy. W grudniu roku 1970 był jednym z przywódców strajku w swoim zakładzie pracy. W filmie reżyser pokazał, że Wałęsa był przeciw temu strajkowi, ale bronił kolegów z pracy przed milicją. Miesiąc później został społecznym inspektorem pracy. W roku 1976 został wyrzucony z zakładu po dziesięciu latach nienagannej pracy za publiczną krytykę rządowych organizacji związkowych. W roku 1980, pomimo że był wcześniej wyrzucony ze stoczni, przeskoczył mur zakładu i przyłączył się do strajku. Protest zakończył się ugodą władz i strajkujących, między innymi w sprawie podwyższenia pensji, postawienia tablicy upamiętniającej ofiary z grudnia 1970, oraz przywrócenia zwolnionych pracowników z powrotem do stoczni. Kiedy chciano już zakończyć strajk w stoczni, inne zakłady pracy, w geście solidarności, zaczęły się do nich przyłączać. Wałęsa ogłosił wtedy wieczorem strajk solidarnościowy, a następnego dnia został przewodniczącym Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Został również przywrócony do pracy w stoczni, i we wrześniu tego samego roku został przywódcą wielkiego ruchu społecznego NSZZ „Solidarność”.

Kiedy ten elektryk stoczniowy otrzymał pokojową nagrodę Nobla, nie mógł jej odebrać osobiście. Nie mógł wyjechać z kraju, gdyż władze komunistyczne nie chciały mu wydać paszportu. Po to wyróżnienie wysłał więc swoją żonę, Danutę, oraz trzynastoletniego syna, Bogusława. W grudniu 1990 został wybrany na prezydenta Polski.

Opisuję go, jako człowieka sukcesu, ponieważ zaczął jako elektryk okrętowy a skończył jako prezydent Polski. Wiedział, że to, co musi osiągnąć nie będzie łatwe, ale się nie poddał, a jego przyjaciele go cały czas wspierali. Według mnie to świetny przykład tego, że jak się czegoś chce, to z odrobiną wysiłku i czasu się to osiągnie. On osiągnął wiele, bo przyczynił się do rozpadu bloku komunistycznego. Również, wielu ludzi zaczęłoby rezygnować po jakimś czasie, bo by się bali o swoich bliskich (Lecha Wałęsę zamknęli kilka razy w więzieniu, oraz nie miał środków do życia) lub by im się po prostu nie chciało. Lecz nie Wałęsa. On jak coś zaczął, to musiał to skończyć. Jak mu coś nie wyszło to próbował to naprawić, a jak się nie dało naprawić, to zaczynał od nowa, i miał nadzieję, że tym razem mu się uda. Ale miał też wielki talent przywódczy, umiał zapanować nad ludźmi i nie bał się tego wykorzystać. Moim zdaniem, ważne jest, aby każdy umiał odkryć oraz wykorzystywać swoje talenty, a wtedy będzie na dobrej drodze do osiągnięcia sukcesu. Oczywiście, ważna jest również ciężka praca, poświęcony czas i zainteresowanie.
 
 

Monday, 28 October 2013

Sukces

Pierwsze warsztaty w tym roku akademickim odbyły się 5 października. Zastanawialiśmy się nad czynnikami, które prowadzą do osiągnięcia sukcesu. Nasze rozważania porównaliśmy z wnioskami, do których doszedł badacz sukcesu, Richard St. John. Oto jego krótkie wystąpienie na konferencji TED:



W ciągu najbliższych tygodni będziemy publikować tutaj prace uczestników warsztatów dwujęzycznych. Będą one traktować o ludziach, którzy odnieśli sukces, a może i o takich, którym z różnych powodów się nie udało...

Jako pierwszą przedstawiamy pracę Agnieszki:


„Sprzedaj lodówkę i jedź!”


„(On) też kiedyś czytał książki podróżnicze i marzył o dalekich lądach. Pewnego dnia wstał z fotela, zarzucił sobie na plecy lodówkę i poszedł na pobliski bazar. Wkrótce potem wrócił, wytarł kurz w pustym miejscu po lodówce i zaczął pakować plecak. Głęboko w kieszeni miał mały zwitek pieniędzy i świeżą rezerwację na samolot. Tak to się wszystko zaczęło”.

Urodzony w  roku 1964, wychowany w komunistycznej Polsce, pochodzący z niezamożnej rodziny i posiadający tylko jedno płuco. Nie brzmi zbyt imponująco, prawda? Nie pozwólmy jednak, by pozory nas zmyliły. Wojciech Cejrowski podróżował dotychczas po blisko sześćdziesięciu krajach, odwiedził sześć kontynentów. Pokonał tak niedostępne tereny jak bagnistą puszczę Darien, na granicy Kolumbii i Panamy i dotarł do osad plemienia Wai Wai na pograniczu Gujany i Brazylii. Jest podróżnikiem, fotografem, dziennikarzem, satyrykiem, autorem książek i publikacji oraz socjologiem. Od dziecka marzył o dalekich podróżach i poznawaniu świata. Innymi słowy, Cejrowski nie jest człowiekiem, który zmarnował życie gdybając i tonąc w otchłani żalu, z powodu niewykorzystanych okazji, braku środków, zdolności, itp. Cejrowskiego można określić mianem człowieka, który stworzył sobie sprzyjające okoliczności, nie bał się marzyć i podążać za głosem serca. Człowieka, który odniósł sukces.

W jednej ze swoich książek Cejrowski wyjawia, że jego fantazje związane z dalekimi podróżami nie zostały zlekceważone lub wyśmiane w młodym wieku, jak to się, niestety, często zdarza. Na jego drodze znalazła się Babcia Władysława, z którą potrafił spędzać całe godziny, bawiąc się w „safari” i zdradzając jej najskrytsze pragnienia. „Nigdy nie prychnęła lekceważeniem, gdy jako dziecko snułem niestworzone plany. Babcia raczej zachęcała do czegoś niestworzonego, nieosiągalnego. Delikatnie ciągnęła za język. Prowokowała wyobraźnię do coraz szybszej galopady”. Można śmiało nazwać ją motorem motywacyjnym, który zmusił Wojciecha do działania i nauczył wierzyć w niemożliwe.

Wbrew temu co Cejrowski mówi o sobie, na pewno nie jest on leniem.  Bardzo mu kiedyś zależało, aby dostać stanowisko w pewnej Amerykańskiej firmie, która wysyłała swoich pracowników do krajów latynoamerykańskich, aby robili zdjęcia odległych archeologicznych placówek lub indiańskich plemion. Zdawał sobie jednak sprawę, z iloma ochotnikami będzie rywalizować o taką pozycję. Musiał się wybić z tłumu, wykazać się w jakiś sposób. Wybrał skuteczną, aczkolwiek dość ryzykowną strategię: jeździł tam, dokąd nikt nie chciał jechać. Kiedy w Salwadorze trwała wojna, Cejrowski wybrał się tam, aby fotografować ruiny. Nie minęło wiele czasu po trzęsieniu ziemi w Meksyku, a on już tam był. Nie żałował wakacji, które często spędzał zarabiając na podróże. Przeciwnie. Jest bardzo wdzięczny rodzicom, którzy zachęcili go, aby już od szesnastego roku życia zaczął zarabiać na siebie i stał się bardziej samodzielny. Na Boże Narodzenie wiązał ludziom choinki sznurkiem na bazarze, zbierał szkło, handlował (nielegalnie) dolarami, pracował na czarno za granicą, organizował dyskoteki, filmował wesela i komunie. Słowem, żadnej pracy się nie bał. Wyruszanie samodzielnie, bez sponsorów, bez pożyczek, na drugi koniec świata, Cejrowski zawdzięcza  wyłącznie sobie samemu i swojej ciężkiej pracy.

Czy podróżowanie można ćwiczyć? Czy można stać się w tym dobrym? Wychodzi na to, że tak! WC wzorował się szkoleniami, które przechodzili żołnierze amerykańskich jednostek specjalnych. Byli oni zrzucani pojedynczo w nieznanym miejscu, bez dokumentów, pieniędzy, jedzenia, mapy, środków łączności, słowem, bez czegokolwiek poza tym co mieli na sobie i wojskowym nożem. Postawione przed nimi zadanie brzmiało następująco: nie wolno wam dać się złapać w obcym kraju i, mimo braku pieniędzy, macie bezpiecznie wrócić do domu. Wiele razy Cejrowski wyjeżdżał z Polski Ludowej bez grosza, mając przy sobie zaledwie pięć kilogramów rzeczy osobistych, i  w ten sposób spędzał kilka miesięcy w egzotycznym kraju. Był to rodzaj wyzwania, które sam sobie stawiał.

Podróżując, Cejrowski często napotyka na swojej drodze przeszkody, które wydają się nie do pokonania, i przeżywa rzeczy, po których większość ludzi nie wyjechałaby już nigdy dobrowolnie za granicę. Samo dotarcie do wioski Indian wymaga nie lada samozaparcia; „Najpierw dwa tygodnie łodzią w górę jakiejś małej rzeki, a następnie kilka dni piechotą. Trzeba mieć indiańskiego przewodnika, który zna kilka indiańskich języków, umie polować i ma u swoich pobratymców na tyle duży autorytet, by wprowadzić mnie bezpiecznie do wioski, a potem... bezpiecznie wyprowadzić”. Branża (jeżeli można to tak nazwać), w której obraca się Cejrowski wymaga ogromnej motywacji, cierpliwości i wytrwałości psychicznej. Cejrowski nie omieszkał przyznać, że jemu, wytrawnemu, doświadczonemu podróżnikowi z dwudziestoma trzema latami treningu, udaje się tylko jedna wyprawa na trzy, cztery... Cechuje go również nieustępliwość i niezłomna wiara, że wszystko jakoś się ułoży. Wyśmienitym przykładem jest bardzo niebezpieczna sytuacja, w której znalazł się pewnego razu w Gwatemali. Niechcący natknął się na wioskę, którą właśnie zaatakowała i przejęła bezwzględna guerrilla. Zanim się zorientował co się dzieje, klęczał już na ziemi z lufą  karabinu wbijającą mu się w szyję. Myślał, że już po nim. Pewna śmierć. Cudem, bo inaczej nie można tego nazwać, udało mu się jednak wyjść z tej sytuacji bez szwanku. W dzikim sercu amazońskich lasów, na pustyniach, Cejrowski spojrzał śmierci w oczy wiele razy, ale te przeżycia nie wydają się zniechęcać lub ograniczać go. Wręcz przeciwnie.

Podróżnik WC podarował ludziom bardzo wiele. Poprzez dzielenie się swoimi niesamowitymi opowieściami, pokazując świat z zupełnie innej, nieznanej nam perspektywy, zapoznając nas z obyczajami wyginających plemion i urzekając egzotycznymi zdjęciami. Niecodziennym przykładem służby społeczeństwu niesionej przez Cejrowskiego jest jego pierwsza wyprawa do Meksyku. Dotarł na miejsce bez pieniędzy i znajomości. Pierwszą noc spędził w ‘noclegowni’, gdzie znalazł podobnych do siebie bezdomnych przybyszów. Wzbudził  zainteresowanie, będąc jedynym białym i zrobił z tego użytek; opowiadając im o świecie, o Polsce, wzbudził w nich szacunek i zaufanie, do tego stopnia, że następnego dnia pomogli mu znaleźć pracę. Zapoznali go z wieloma niezbędnymi informacjami, które pozwoliły mu przeżyć i zarobić z napiwków tyle pieniędzy, że po tygodniu mógł wyruszyć w dalszą drogę.  Innym razem, jadąc autostopem przez wiejską okolicę w Ameryce Łacińskiej, zauważył rodzinę ręcznie siejącą kukurydzę. Bardzo go ten widok poruszył, do tego stopnia, że bez namysłu wysiadł z samochodu, podszedł do rodziny i zaczął siać razem z nimi. Pozostał tam przez kilka dni, sypiał w ich chacie, spożywał rano z rodziną skromne śniadanie, po czym wyruszał do pracy na polu. Cejrowski nie wyjawia czytelnikom, co go skłoniło do takiego spontanicznego zachowania, czym był wiedziony, ale wyraźnie podkreśla uczucia szczęścia i wolności, które towarzyszyły temu wydarzeniu.

Podróżowanie po egzotycznych krajach z niewielkim bagażem, bez kontaktu ze światem zewnętrznym i minimalną ilością jedzenia wymaga nie lada pomysłowości. Również łatwość dostosowania się do zmiennych okoliczności jest konieczna. Podczas pertraktacji z Indianami, Cejorwski często musiał wykazywać się umiejętnością błyskawicznej improwizacji. Gdy przebywał w dżungli, w górach Santa Maria, tamtejsi Indianie byli dość nieufni względem niego i nie pozwalali mu wejść do wioski. Jednak pewnego razu zwrócili się do niego z prośbą, aby uleczył niemowlę, którego nawet ich szaman nie umiał wyleczyć. Wojciech Cejrowski nie miał pojęcia na co maleństwo było chore, ale nie dał tego po sobie poznać. To mogła być jego jedyna szansa, by zdobyć ich zaufanie!  Najpierw w  przesadnie dziwny sposób oglądał dziecko, posuwając się do takich idiotyzmów jak podświetlanie latarką małżowin usznych. Doszedł do wniosku, że dziecko jest pewnie lekko niedożywione. Postanowił podać mu wapno, które nie miało prawa zaszkodzić.

Okoliczności bardzo mu sprzyjały, była ciemna, bezksiężycowa noc, chmury pokrywały całe niebo. Wziął do ręki jaskrawo-pomarańczowy plastikowy kubeczek i zaczerpnął nim trochę ciepłej wody z kociołka. Następnie włączył swoją wojskową latarkę o niezwykle silnym promieniu i podświetlił nią od spodu kubeczek, który wnet zmienił się w pomarańczową latarnię. Podczas wydobywania tabletki, rytmicznie szeleścił folią, mruczał coś pod nosem, szurał lewą stopą... Stworzył niesamowitą atmosferę, pełną napięcia i tajemnicy. Kiedy wrzucił tabletkę do wody, ta zaczęła tak syczeć i bulgotać, że wszyscy Indianie odskoczyli i patrzyli na niego w osłupieniu i zachwycie. Następnego dnia został bardzo gościnnie przyjęty w wiosce przez nieprzyjaznych mu dotąd Indian. A potrzebna była mu tylko jedna nieprzespana noc, jedna tabletka wapna i odrobina twórczej inwencji. W ‘Podróżniku WC’ Cejrowski zdradza, jakie są podstawy podróżowania; „Uśmiechami załatwisz transport i noclegi. Pomysłowość skutecznie zastąpi pieniądze”.

Sukces to moim zdaniem pojęcie bardzo subiektywne. Dla jednej osoby może to być opublikowanie książki, dla innej wynalezienie czegoś nowego. Jeszcze inni, z kolei, mogą nazwać sukcesem całe swoje życie, ponieważ we wszystkim co robili, spełniali swoje marzenia. Myślę, że Wojciech Cejrowski jest jedną z tych osób, które nie zadowolą się robieniem tylko jednej rzeczy. Ich szczęście rodzi się z robienia różnych rzeczy, spełniania się w wielu dziedzinach.  Biorąc to pod uwagę, trudno osądzać stopień, w jakim skoncentrował całą swoją uwagę na dążeniu do celu. „(…) Przez 100 dni w roku pracowałem w Szwecji w stajni, między innymi przy gnoju. Zarobione pieniądze wystarczały na 100 dni włóczęgi po Ameryce Łacińskiej. A pozostałe 165 było na studia”. Na wszystko znalazł się czas.

Cejrowski z pewnością nie zdobyłby się na wyjechanie dokądkolwiek, gdyby nie głęboko zakorzenione zamiłowanie do podróży, poznawania nowych ludzi, obyczajów i… zacięta nienawiść do zimy. Każdy odkrywa swoje szczęście na inny sposób, w innych okolicznościach. Na inny sposób interpretuje słowo sukces. „Byłem szczęśliwy. Bez grosza, bez planów; wolny i szczęśliwy”, mówi Cejrowski, wspominając jedną ze swoich podróży. Cejrowskim niezaprzeczalnie kieruje głos serca, a nie żądza pieniędzy. „Fotografuję (...) dla własnej frajdy - takie hobby, a potem okazuje się, że kupują ode mnie te zdjęcia. Z pisaniem jest podobnie - pisze bo lubię - taka prywatna pasja, a potem mnie drukują”. Takie wyznanie skłania czytelnika do zastanowienia się, czy sławne osoby często przyznają, że w gruncie rzeczy zależy im tylko na robieniu tego co kochają, a pieniądze są sprawą drugorzędną...? WC zakochał się w Ameryce Łacińskiej do tego stopnia, że planuje zbudować statek mieszkalny, czyli pływający dom jednorodzinny, w którym zamieszka na Amazonce. Nikt nie ma wątpliwości, że człowiek o takim usposobieniu i zaciętości jak Wojciech Cejrowski dopnie swego i spełni swoje kolejne marzenie. Odniesie sukces.

Friday, 12 April 2013

Let's eat grandma!

A piece by Dominik inspired by this:


Let's eat grandma.

Once upon a time, there was a family of Polers, who were, as it’s easy to work out, polar bears. They lived on the South Pole.

One day, they had a big supper and the whole Polers family gathered at the table. One small polar bear from the family couldn’t speak, so he was given some paper and a pencil, so that he could communicate with others. It was the oldest in the family who had to start the supper – the bear’s-that-couldn’t-talk grandma. Grandma polar bear was drinking coke when the small polar bear showed a piece of paper saying “Let’s eat grandma”. When the family looked at the paper, grandma got scared that the rest of the family would eat her. The family ran towards grandma with forks and knives. The little non-speaking bear realized what mistake he had made. He wrote “Let’s eat grandma” instead of “Let’s eat, grandma”!

Thursday, 11 April 2013

Language mishaps / Błędy językowe

Below are Tymek's reflections about our last workshop on language mistakes:

Our last workshop was about how people make mistakes in writing and translating. For example, many people have problems with names of people and places spelling them wrong because they write down a word that sounds familiar without making sure they got it properly. We also learned about apostrophes, about how many kinds there are and how easy it is to make a mistake. The lesson was quite hard but it was really interesting. We looked at different mistakes that people have made, for example there was a cup saying ‘For the little princess in HIS kingdom’. It was really funny looking at the silly mistakes people make. We also talked how foolish people are to make mistakes on something that will for example represent them or their business, which will make their customers buy less of their product. At the start of the lesson we did a dictation and at the end of the lesson we checked if the lesson helped our understanding of apostrophes and other grammar rules. The results showed that everybody did better after the lesson which proved we’ve actually learned something :D.

source unknown
 And his story inspired by the cup mistake:
Little Princess in HIS Kingdom
Once there was a princess who lived in his kingdom, but the problem was nobody knew whose kingdom it was, it definitely couldn’t be the princess's... or could it. The princess ordered everyone to find him but nobody could, until one brave knight noticed that it was just a spelling mistake in the title!!!
And the moral of this story is that grammar can change everything.

Saturday, 9 March 2013

Common poems / Wspólne wiersze

Przepis na wspólny wiersz
 
· usiąść w okręgu
· wybrać temat (wystarczy jedno słowo przewodnie)
· u góry kartki papieru należy napisać dwie linijki wiersza
· zagiąć papier tak, aby widoczna była tylko druga linijka
· przekazać swoją kartkę sąsiadowi
· nawiązując do widocznego wersu należy dopisać dwie linijki wiersza
· zagiąć papier tak, aby widoczna była tylko ostatnia linijka
· przekazać kartkę sąsiadowi
I tak dalej, aż skończy się miejsce na kartce.




Autorzy:
Wiktor, Dominik, Zuzia, Agnieszka, Tymek i pani Marzanna

Thursday, 21 February 2013

Więcej śmierci w poezji

Władysław Broniewski

Firanka

Otworzyłem okno, a firanka
pofrunęła ku mnie,
jak Anka
w trumnie.

Biała firanka, błękitne zasłony,
zaszeleściło...
O! pokaż mi się od tamtej strony!
Jesteś? Jak miło!....

Jak miło... jak miło... jak strasznie,
moja miła...
Ja już chyba nie zasnę...
Firanka? ... Czy tyś tu była?
 
"Firanka" w interpretacji Agnieszki:

Wydaje mi się dość oczywiste, że autor opisuje nam pewną noc (może jedną z wielu podobnych?), podczas której doświadcza obecności ducha swojej zmarłej córki. Używa metafory w postaci firanki, aby opisać ducha Ani. Poecie zdaje się, że słyszy jak szeleści jej szata, gdy ona fruwa po pokoju i za oknem. Z fragmentu „Ja już chyba nie zasnę...” wnioskuję, że panuje noc i podmiot liryczny próbuje zasnąć, ale przedziwne odgłosy i natarczywe myśli nie dają mu spokoju. Wszelkie szelesty i odgłosy, zasłyszane w nocy, brzmią o wiele głośniej i bardziej zwracamy na nie uwagę. Mogą one budzić w niektórych niepokój. Biorąc pod uwagę tematykę wiersza, myślę, że autor uważa ten szelest za obecność ducha Ani.
W całym utworze autor używa tylko dwóch kolorów: bieli i błękitu. Biel kojarzy mi się z niewinnością dziecka, ale jest również powszechnie uważana za kolor ducha. Błękit kojarzy mi się z niebem, ale z biografii wynika, że Ania udusiła się gazem, który płonie na kolor niebieski, więc może istnieje pewien związek.
Podmiot liryczny odczuwa mieszane uczucia, jest jednocześnie uradowany obecnością ducha córki, jak i przerażony, bo to jednak duch. Od najmłodszych lat, przekazywany jest nam, z pokolenia na pokolenie, strach  przed duchami. Widać, że bardzo chce się spotkać ze swoją dobrze mu znaną, ukochaną córeczką, ale jednocześnie wyczuwa jakąś obcą formę życia. Możemy z tego wywnioskować, że autor cały czas myśli o swoim najdroższym dziecku i nie może się pogodzić z wieczystym rozstaniem. Przepełnia go niepokój i nie pozwala spać po nocach. Autor czuje się samotny i choć okazuje pewien entuzjazm na „obecność” córki, to jednak brzmi jak szaleniec,  jak wariat targany wspomnieniami. Zgaduję, że okno to metafora granicy, rozdzielającej świat żywych i umarłych w wierszu.
Całkiem sporo środków poetyckich zostało użytych w wierszu. Występuje metafora, porównanie: ,,firanka pofrunęła ku mnie, jak Anka w trumnie”, antonim: ,,jak miło... jak strasznie”, epitety: ,,Biała firanka, błękitne zasłony”, eufemizm: „tamta strona”, animizacja: firanka to duch Anki i układ rymów: abab. Nie wiem, czy autor zrobił to świadomie, czy to zwykły zbieg okoliczności, ale w słowie ‘Firanka’, znajduje się słowo ‘Anka’.
Podsumowując, jest to dość interesujący utwór, który, nie znając biografii autora, można zinterpretować na różne sposoby. Ukazuje uczucia, które często odczuwają ludzie nie mogący się pogodzić ze śmiercią bliskiej osoby. Bardzo spodobała mi się tajemnicza, zaskakująca atmosfera w wierszu i użycie firanki. Po pierwszym przeczytaniu tego wiersza, czułam lekki niesmak spowodowany tak zwanym, „rymem częstochowskim” na początku utworu, ale przeczytałam go jeszcze kilka razy i zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu po dłuższej analizie. Pozwolił mi spojrzeć z perspektywy osoby dręczonej takim problemem i lepiej zrozumieć tęsknotę, którą odczuwają osoby pozbawione najbliższych osób.

Saturday, 19 January 2013

Time Capsule / Wehikuł czasu

On the last workshop of 2012, we were learning about a lot of things. It was fun, as always, even though every day is different. For example on the 15th of December we were talking about what do ‘discrimination’, ‘stereotypes’, ‘racism’ or ‘prejudice’ mean. For example a stereotype is similar to a prejudice but a prejudice is always negative while a stereotype can be positive like “all the black people are good dancers”. We also were talking about when would we like to live out of these times: 1562, pre-1870, 1837-1901, pre-1861, 1913, pre-1918 or 1960’s. We were also told a bit about each of these times so we get the idea of what was life like in each of them. For example, 1562: Britain began its slave trade in Africa, or, 1837-1901: During Queen Victoria’s reign many poorer women had to look after the home, husband, children and work but were barred from all well-paid jobs. Later on we did a mind map about what would people have to have to change the world and we came up that some of the things might be money, faith in what they want, they surely have to work hard to get what they want and they have to have time to do so. That is just a small amount of the skills we talked about on the 15th of December but in my opinion these four things are the most important out of all.

In conclusion I would just say that this was just a continuation of what we did three weeks ago but it was still very interesting.
(by Dominik)

...................................................
And these are our works inspired by the workshop and the idea of travelling in time:


Wehikuł czasu

Czy kiedyś zastanawiałeś się, czy wehikuł czasu istnieje i co by się stało gdybyś nagle przeniósł się w czasy sprzed stu lat? Jak wtedy wyglądałoby Twoje życie?  Kiedy ja w myślach przenoszę się w czasy sprzed stu lat, wyobrażam sobie chłopca, który nie wie co to komputer, czy telefon komórkowy. Wyobrażam sobie, że siedzę z moim młodszym bratem i moimi rodzicami w jednym dużym pomieszczeniu, gdzie jest kuchnia, sypialnia i miejsce do zabawy. W tamtych czasach ludzie nie mieli takich domów jak my mamy teraz. Ludzie ogrzewali swoje domy piecami, w których paliło się węglem i drzewem. Wyobrażam sobie, że w naszym domu nie ma instalacji, ani kanalizacji wodnej. Wodę do domu musimy nosić w wiadrach. Nie ma również transportu i ludzie muszą pokonywać długą drogę pieszo. A czy zdarzyło ci się narzekać, że zadano za dużo lekcji do odrobienia i że do szkoły za wcześnie trzeba wstawać? To wyobraź sobie, że w tym moim świecie z przed stu lat, niektóre dzieci nie chodziły do szkoły, ponieważ nie było to obowiązkowe. Jeśli ktoś chodził do szkoły to książki i zeszyty nosił w tornistrze, który swoim wyglądem nie przypomina dzisiejszego plecaka. Dzieci to muszą okazywać wielki szacunek dla swoich rodziców i nie wyobrażam sobie okazać większego sprzeciwu, ponieważ jeśli dziecko jest nie posłuszne to może dostać porządne lanie. Dzieci muszą pomagać w pracach domowych i w pracach polowych. W tamtych czasach ludzie nie przywiązywali wagi do nauki i było duże zacofanie. Nauka była traktowana przez niektórych jak zjawisko niepotrzebne. Gdybyś więc urodził się sto lat temu i miał marzenia o studiowaniu, to ludzie mogli by cię wyśmiać. Na szczęście to zmieniło się i dzięki temu możesz dzisiaj wybrać sobie gimnazjum, liceum czy studia o jakich marzysz. Po dłuższym zastanowieniu wybieram obecne czasy.
(by Wiktor)


Przeniosłam się do przyszłości

Przeniosłam się do przyszłości do 3057 roku. Nie miałam jakiegoś wytłumaczenia dlaczego akurat tam się wybieram, ale byłam ciekawa. Wehikuł był bardzo ciasny i miał niesamowicie dużo guzików. Był bardzo zardzewiały i nie chcę mówić ile było pajęczyn, ale teraz nie jest czas żeby gadać o takich pierdółkach.

Więc w latach 3057 kobiety chodziły w bardzo dziwnych, a zarazem interesujących sukienkach. Miały niesamowicie uplecione włosy i się poruszały z wielkim wdziękiem, ale nie chodziły normalnie. Rozglądały się wszędzie i w ręce jakby trzymały jakieś niewidzialne kule, którymi jakby machały przed oczami i patrzyły na świat. Nogi się wyginały w różne strony i żadna z tych fascynujących kobiet nie stała prosto, ani żadna nie zerknęła nawet kątem oka na mnie. Ja tylko stałam bezczynnie, gapiąc się na to, co te dziwne stworzenia robiły przed moimi oczami. Wszystkie chodziły tam bez jakiegoś wyraźnego celu i co jakiś czas któraś zamlaskała głośno swoimi dziwnie małymi ustami i szła dalej.

Jeszcze nie mówiłam, że to był pokój. Tak, owszem, to był zwykły pokój. No może niedokładnie zwykły pokój, bo był sporo większy niż normalny pokój, ale i tak to był pokój. Nie stał tam ani jeden bezczelny mebel. Był biały sufit i białe ściany i jedyne charakterystyczne coś w tym wszystkim to był dywan. Dywan miał namalowane kolorowe fajerwerki, a sam w sobie był turkusowy. W kącie było napisane coś w ich języku, ale nie wiem co. Wyglądało to tak:

Pomocy!!!

Poznałam tylko ostatnie trzy wykrzykniki. Było pięć pokoi. W jednym Kobiety, w drugim dzidziusie, w trzecim dzieci od 5-10 lat, w czwartym nastolatki, i w piątym mężczyźni. Reszta wyglądała normalnie, ale jednak mieli coś takiego dziwnego w sobie, dokładnie jak te kobiety. Takie elastyczne, a zarazem takie twarde. Ten mocny makijaż i żółte oczy… coś się za tym kryło. A to słowo to było:

POMOCY!!!

(by Zuzia)


Friday, 18 January 2013

Homo Deterior


Dojrzała i pięknie napisana praca o dyskryminacji względem koloru oczu autorstwa Agnieszki:
....................................................
Od kiedy tylko pamiętam nienawidziłam brązowego. Wydawał mi się taki pospolity, nadęty. Co ja jednak mogę wiedzieć? Przecież jestem niezdolna do logicznego rozumowania i moja opinia nic nie znaczy. Jestem bezużyteczną, pasożytniczą jednostką. Innymi słowy, jestem niebieskooka. W realiach, w jakich żyję, nie mam najmniejszych szans czegokolwiek osiągnąć, ani zdobyć jakiejkolwiek pozycji społecznej. Równie dobrze mogłabym nie istnieć.

To próbują nam wmówić. Większość z nas im uwierzyła, tylko bardzo nieliczni się ostali. Tylko ci, którzy poznali prawdziwą wersję wydarzeń. Odebrano nam wszystkie prawa. Nawet prawo do protestu. Wszystko zaczęło się jakieś dwieście lat temu, kiedy to powszechnie znany i poważany profesor Steward przedstawił swoją kontrowersyjną teorię ewolucji człowieka na przestrzeni wieków, biorąc pod uwagę kolor tęczówki. Otóż, na podstawie najróżniejszych badań, doszedł ponoć do wniosku, że tylko ludzie brązowoocy są prawdziwą odmianą homo sapiens, zaś niebieskoocy, zielonoocy i szaroocy to tylko mutacje tego gatunku. Ponoć 'innoocy' (jak to się teraz na nas mówi) są genetycznie negatywnie i agresywnie nastawieni do świata. Ich mózgi są nieporównywalnie mniej rozwinięte niż mózgi brązowookich i piwnookich oraz ich pamięć, panowanie nad emocjami, kreatywność i ogólnie myślenie są na o wiele niższym poziomie. Twierdził, że nie zasługują na miano homo sapiens i przezwał ich (nas) homo deterior.

Reakcje na tę teorię były najróżniejsze. Jedni uznali ją za bezpodstawną i wyśmiali, znaleźli się jednak i tacy, którym bardzo ona odpowiadała i otwarcie ją popierali. Tuż po publikacji, za teorią opowiedziało się kilka największych światowych gwiazd (wszystkie, oczywiście, brązowookie) kina, muzyki i mody tego czasu. Rząd stwierdził, że za jakiś czas sprawa się załagodzi, rozejdzie się po kościach, jak to zwykle bywało w podobnych przypadkach, nie podjął więc żadnych radykalnych działań. Tym razem jednak sprawy potoczyły się inaczej. Teoria stała się słynna na całym świecie, ciągle się o niej mówiło. Rozpoczęły się podziały.

Stare, zażyłe znajomości zmieniały się w ostre wymiany zdań i mijanie się na ulicy bez zwykłego „Dzień dobry!”. Dzieci w szkole zaczynały się kłócić i przezywać, i choć oficjalnie nikt o niczym nie wiedział, to nieoficjalnie wiadomo było, że poszło o oczy. Media szalały, codziennie w wiadomościach puszczano tysiące rzekomych „dowodów” teorii Stewarda. W ludziach pojawiła się wzajemna wrogość i trzymali się w grupkach według koloru oczu. Psycholodzy, naukowcy, i inni co inteligentniejsi nawoływali do zastanowienia się i zwracali uwagę, że Steward nie podał żadnych naukowo potwierdzonych dowodów swojej teorii ,i że jest to tylko irracjonalny pomysł. Nikt ich nie słuchał. Brązowoocy stali się wyraźnie odważniejsi i pewniejsi siebie, zaczęły się szerzyć kawały o „innookich”, obraźliwe napisy graffiti na ścianach, książi o poniżającej treści. O niebieskookich mówiło się potocznie „płytcy jak woda w ich oczach”. W międzyczasie nastąpił kryzys w ekonomii, wielu innookich odmówiło pracy w tak nieprzyjemnych warunkach; brązowoocy zaczęli dostawać podwyżki, awansować, podczas gdy reszta społeczeństwa trwała w buncie. Co chwila wybuchały strajki i protesty, doszło też do kilku poważnych bójek. Można też było zauważyć widoczne zmiany w polityce, we wszystkich prowadzących partiach zwolniono większość innookich pracowników, a zatrudniono brązowookich. Wkrótce potem przeprowadzono reformę. Reformę, która zmieniła cały świat. Powstały frakcje, ich członkowie przyjmowani byli na podstawie koloru oczy. Każda frakcja przejęła określoną część miasta. Naturalnie, brązowoocy otrzymali największą i bogatszą część miasta, należała do nich większość sklepów, parków, lepiej wyposażone szkoły. Innookim natomiast dostała się mała, uboga część miasta i odebrano im prawo do protestu. Brązowoocy zaczęli być wykorzystywani do wszystkich brudnych robót i dostawali tylko najgorzej płatne zajęcia. Dzieci brązowookich i innookich uczęszczały do innych szkół i rodzice zabraniali im się bawić ze sobą. Wszystkie gazety pełne były brązowookich gwiazd i gwiazdorów. Wstrzymano i zdelegalizowano produkcję soczewek zmieniających kolor oczu. Ludzie zamienili się w dyskryminujące i zapatrzone w siebie bestie. A wszystkiemu winnien był jeden człowiek. Na imię mu było Goodall i był przewodniczącym niezbyt lubianej partii politycznej. Posiadł jednak niesamowite pieniądze, pomysł na sukces po cudzych plecach i umiejętność manipulowania ludźmi. Za jeden drobny występ publiczny obiecał profesorowi Stewardowi fortunę, która gwarantowała mu całe życie dobrobytu. Kiedy tylko sprawy zaczęły się toczyć po myśli Goodalla, gdy brązowoocy zaczęli gardzić innookimi, obecny niebieskooki prezydent i kilkoro innych niewygodnych postaci politycznych „zaginęło” w nieznanych okolicznościach, a Goodall rozpoczął kampanię wyborczą swojej brązowookiej partii.

Do dzisiaj nasz świat jest skłócony i wrogi. Z dziada na dziada przekazywana jest nienawiść i poczucie bezradności.

Niebieskoocy nigdy nie dorównają brązowookim. Nie zapanuje pomiędzy nimi pokój. Chyba, że nauczą się przebaczać...

Monday, 17 December 2012

What if we judge people by the colour of their eyes?

A gdyby tak zacząć osądzać ludzi ze względu na kolor oczu?


III wojna światowa

W roku 2046 w Rosji urodził sie wielki przywódca o nazwie Manuel Menendez, który w roku 2066 został Carem Rosji i rozpoczął trzecią wojnę światową. Z pomocą Niemców i Włoch szybko podbił inne kraje, a kiedy zawładnął Ameryką, Wielką Brytanią, Francją i Polską, nie było już nikogo, kto by go powstrzymał. Więc tak jak podczas drugiej wojny światowej, zaczął powoli zabierać prawo do różnych rzeczy ludziom, tym razem tym, którzy mieli ciemniejszy kolor oczu. Jeśli ktoś miał brązowe, szare lub inny ciemny kolor oczu to zabierano mu prawo do pracowania w wyższych zawodach, jak medycyna, edukacja i inne. A ludzie, którzy mieli niebieskie oczy lub zielone lub inne jasne, dostawali te prace, które ciemnoocy tracili. Niestety Manuel Menendez miał siostrę, którą strasznie kochał, lecz ona miała ciemne oczy, więc kiedy zażądał eksterminacji ciemnookich, wydał wyrok na własną siostrę. Kiedy sie o tym dowiedział, nakazał, aby go spalono, a ją wraz z nim. Kiedy Manuel Menendez został spalony, zaczęły się wielkie bunty, których jasnoocy nie mogli powstrzymać bez przywódcy. I tak zakończyła sie trzecia wojna światowa.
(Tymek)


Świat, w którym jasnoocy są lepsi
 
 W takim świecie jasnoocy byliby lepsi i mądrzejsi. Wszystko dlatego, że pierwszym władcą takiego świata był jasnooki i wszyscy jego potomkowie byli jasnoocy, i któryś z nich tak zadecydował, że jasnoocy są lepsi od ciemnookich. W takim świecie jasnoocy ludzie mieliby prywatne szkoły, fabryki, "wypasione” samochody, itp. Natomiast ciemnoocy ludzie musieliby pracować szesnaście godzin dziennie tak jak w czasach wiktoriańskich. Mieszkaliby w małych ceglanych domkach po dwie rodziny w każdym. Czasami mieliby tylko po cztery łóżka na dwie, trzy rodziny. Władcą tego wszystkiego byłby najjaśniejszooki człowiek w każdym kraju. Taki świat funkcjonowałby tak, że niebiesko- i zielonoocy byliby lepsi, bo takie kolory są kolorami dobra, a im ciemniejsze tym okrutniejsi. Nawet żółto- i czerwonoocy byliby wygnani, ponieważ byliby brani za bestie.
(Szymon)

Saturday, 17 November 2012

Four Yorkshiremen


On 13th October we were working on 'Four Yorkshiremen' sketch by Monty Pyton. Below are some fragments of the script we've translated into Polish. You can also listen to the recording we made. It shows our attempts at interpreting English text. It was quite challenging but also fun!
13 października pracowaliśmy nad skeczem Monty Pytona pt. "Four Yorkshiremen". Poniżej znajdują się fragmenty naszych tłumaczeń skeczu na język polski, a także nagranie, na którym możecie posłuchać naszych prób tłumaczenia czytanego tekstu. Nie było łatwo, ale za to było bardzo śmiesznie!
.................
Skecz ,,4 mieszkańców Yorkshire” jest parodią nostalicznych konwersacji o skromnych początkah lub trudnych dzieciństwach. 4 Mieszkańców Yorkshire wspominają o ich dorastaniu, i razem z postępującą konwersacją, próbują się przelicytować, ich relacje ze zdeprywowanego dzieciństwa stają się coraz bardziej absurdalne. Skecz był oryginalnie napisany i przedstawiony na 1967 Brytyjskiej telewizji seriali komediowych ,,At last the 1948 Show”. (źródło: Wikipedia)
(Dominik)

Byłeś szczęściarzem żeby mieć pokój (że miałeś pokój)! My kiedyś musieliśmy mieszkać w korytarzu! Ohhhh, my kiedyś marzyliśmy, żeby mieszkać na korytarzu! To by był pałac dla nas. My kiedyś mieszkaliśmy w starym zbiorniku na wodę na śmietnisku. Byliśmy budzeni każdego rana przez wyrzucane na nas ładunki spleśniałych ryb.
(Zuzia)


My to mieliśmy ciężko. Musieliśmy wstawać o 12 w nocy z pudelka na buty, lizać drogę do połysku naszymi językami. Mieliśmy pół garści zamarzniętego żwiru, pracowaliśmy 24 godzinny dziennie w młynie za 4 pensy na każde 6 lat. A kiedy wracaliśmy do domu nasz tata przecinał nas na pół  nożem od chleba.
(Jędrek)

 

(image taken from Wovox)

 
And below are our works inspired by the sketch.
Poniżej znajdują się nasze prace inspirowane skeczem:
....................
Jak ja byłem dzieckiem


Jak ja byłem dzieckiem to ne było tych konsoli, a najlepszą grą były wyścigi prostokątnych, nie strzelających czołgów. W piłkę nożną grało się na boiskach za dwó metrowym murem, przez który trzeba było przejść. Do szkoły, do jedzenia były tylko kanapki z pasztetem lub czasem z serem. Do kina chodziłem bardzo rzadko. Musiałem dzielić pokój ze starszym bratem.
(Dominik)
.................
Skecz
Raz była rodzina (Była raz sobie rodzina) Makowskich. Był ojciec, matka i dwóch synów. Rodzice byli bardzo biedni. Kiedy ich synowie urośli to poszli w świat i nigdy nie wrócili. Wyrośli na bardzo samolubnych ludzi, a mimo to byli strasznymi samochwałami. Pewnego dnia spotkali się. Spotkali się w Disneylandzie ze swojimi dziećmi, bo byli bardzo bogaci. Marek, najstarszy syn miał troje dzieci. Nazywali się Andrzej, Marysia i Bartek. Drugi syn, Michał, miał o dziwo 7 dzieci. Nazywali się Ania, Agata, Fabian, Tomek, Julka, Sebastian i Henry. Dzieci pobiegły się bawić, a oni zaczęli rozmawiać.
Marek: "Widzisz jaką mam wspaniałom rodzinę? Mam najdroższy samochód świata! Jestem wspaniały i każdy mnie uwielbia! Jestem ideałem! Moje auto kosztuje 2,4 mln i mam większy dom niż biały dom!"
Michał: "Tak? Ja mam lepszy dom i mam lepszy samochód! A mój telefon jest cały zrobiony z diamentów, kosztował mnie aż 8 mln dolarów! Moje dzieci są najsławniejsi w szkole, a ja uratowałem życie bezbronnej babulińce! Jestem Herculesem!"
Marek: "Phi! Jaki mi tam Hercules! Ja uratowałem życie tysiącom ludzi! W różnych sposobach! Szkoda, że nie wiesz jaką mam żonę! Gotuje najpyszniejsze rzeczy na świecie! I co zatkało kakao? Ja mam o wiele lepsze życie niż ty!"
Michał: "Wszystkie moje dzieci umjom 12 języków! A Ania umie 15! Ma najlepsze stopnie w klasie i nosi najmodniejsze ciuchy! W każdym pokoju jest minimum 13 plazmowych telewizorów i wszystkie mają świetnom jakość! Wszystkie dzieci mają 20 pokojów i wszyscy chodzą do prywatnej szkoły, która nas kosztuje fortunę, ale mamy wystarczająco pieniędzy!"
Marek: "E tam, Moje dzieci mają jeszcze lepiej. Umiom 58645937861958463 języków i wszyscy mają 8396140926514307683458476893608365906458314689010846509483349078423078 Pokoji a dodatkowo w każdym pokoju jest 1276784314576856471 telewizorów. Mają wszystko! Dosłownie wszystko!"
Michał: "Jaka z ciebie samochwała! Ja jeszcze nigdy się tak nie chwaliłem! A w dodatku każdy pokój ma 178969465746767674613751364751643516425346161374761348637643345166743163746347134617554376547365164156415641456371453674631794613796794013609139487650398649788163956437567416795679456310635603406534675763416504306986197367777777597888803898014096603456906047611765651464179346136539047652340752050765407321078382976670167034146015651601560156165156156156607510176546736529436583425693692546925625675267524672347692397267534564756023406 metrów kwadratowych. A mam 1617934375766747645576414675616767467516716075641656175416 pokoji!
Nagle czują, że nagle ktoś ich szturcha.......Budzą się i okazuje się, że to wszystko był tylko sen.

(Zuzia)

Wednesday, 7 November 2012

Lost inTranslation

The first Polish-English Workshop in Glasgow took place on Saturday the 22nd of September. We worked on 'Lost in Translation' by prof. Lera Boroditsky.
22 września 2012 odbyły się w Glasgow pierwsze warsztaty polsko-angielskie dla młodzieży. Pracowaliśmy na artykule prof. Lery Boroditsky pt. "Zagubione w tłumaczeniu".
.................................................................................
On today’s lesson we learned about how different languages affect the way people think. E.g. in Russia, people have more words for different shades of blue which allows them to visually discriminate shades of blue.
We also learned that some languages have fewer words than others. For example: Some indigenous tribes say north, south, east & west instead of left and right (<- & ->). That makes them have better spatial orientation and instead of saying ‘there’s an ant on your left leg,’ they would say ‘there’s an ant on your south-west leg’. Another example would be that the Piraha don’t use numbers (1, 2, 3 etc.), but instead they use terms like: few, some, a bit, not much & a couple. That makes them not know their exact age or the exact date.
Apart from that we learned that Spanish and Japanese speakers couldn’t remember the agents of accidental events as well as English speakers could, because in Spanish and Japanese, the agent is dropped. E.g. ‘The car crashed,’ instead of, ‘Arnold crashed the car.’
(by Dominik & Tymek)

 
Na zajęciach uczyliśmy się jak tłumaczyć z angielskiego na polski. Nie było łatwo. Trochę też pisaliśmy o sobie i o innych uczestnikach warsztatów. Pisanie o sobie i o innych było moją ulubioną częścią warsztatów.
 
(Zuzia)
 
.............................................................................
 
Below are our works inspired by the article.
 
A tutaj są nasze prace inspirowane artykułem:
 
Świat bez liczb / World without numbers
 
W sobotę na warsztatach u pani Marzanny poznaliśmy plemię Piraha. Plemię to nie zna liczb, miar czasu, nie mają nazw kolorów, nie umieją pisać i prawie nic nie wiedzą o swojej historii. Ponad 25 lat temu profesor Everett postanowił nauczyć plemię liczb, ale nie powiodło się. Znalazł się w świecie, w którym ludzie zamiast słów wydają pomruki i gwizdy. Ich język był bardzo trudny do odszyfrowania. Po pewnym czasie spędzonym z nimi i dzięki podsłuchiwaniu ich rozmów profesor zaczął rozumieć ich mowę. Doznał szoku, gdy odkrył, że tamtejsi wojownicy planują na niego zamach. Kiedy poznał plany wojowników,  zamknął ich całą broń i zabarykadował w domu swoją rodzinę. Plemię Piraha było bardzo zdziwione, że profesor rozgryzł ich plany i język. Piraha odtąd nabrali do niego szacunku. Ta historia jest dla mnie bardzo zaskakująca i byłem bardzo zdziwiony, że ktoś może nie używać w swoim języku liczb. Plemię Piraha nie dość, że nie używa liczb, to nie jest w stanie ich pojąć.
(Wiktor)
.........
Wyobrażacie sobie świat bez liczb? Nie? Wiec opowiem wam historię o ludziach, którzy nie używają żadnych liczb. Oto tamten kraj nazywał sie Piraha. Nie używano tam liczb. Może czasem sie zdarzyło im[1] powiedzieć jakąś liczbę, to nie zbrodnia, ale próbowali jak najczęściej omijać liczby. Jak ktoś się spytał ile masz lat? Oni by odpowiedzieli albo „mniej niż ty”, „więcej niż ty”, „niewiele” i tak dalej i tak dalej. Więc zaprosiliśmy gościa z ludu Piraha. Zrobimy z nim mały wywiad:
Prowadzący: Dzień dobry.
Pan z ludu Piraha: dziendobry[2]
Prowadzący: Proszę pana, zastanawialiśmy się jak się żyje bez liczb.
Pan z Piraha: no dobrze nam sie wiedzie, a życie bez liczb jest jak każde inne życie, tylko że bez liczb.
Prowadzący: Ciekawa odpowiedź. Może pan nam jeszcze cos powiedzieć o sobie?
Pan z Piraha: Owszem. Nazywam sie Piotr[3] i jestem sławnym pisarzem mam trójkę dzieci i szczęśliwe życie.
Prowadzący: a jak sie nazywają twoje dzieci?
Piotr: Amelka, Michał i Ewelina.
Prowadzący: Bardzo ładne imiona. Mam jeszcze kilka pytań. Ile ma pan lat?
Piotr: Jestem wiele starszy od ciebie.
Prowadzący: Może pan to bardziej określić, na przykład używając liczb?
Piotr: Raczej nie chcę.
Prowadzący: Ja mam 27, a wiele więcej mi nic nie mówi. Proszę.
Piotr: No dobrze, mam 43 lata.
Prowadzący: No i co? Było trudno?
Piotr: No nie, ale nasza religia mówi, że nie powinniśmy używać liczb.
Prowadzący; Mhm......No dobrze, to chyba juz wszystko na dziś. Do widzenia Piotrze. *Piotr wychodzi*
Prowadzący: Dziękuję, to wszystko na dzisiaj, w następny czwartek o 18:30 zapraszamy na innom część tej opowieści. Następnym razem będzie o ludziach z Pormpuraw, którzy nie mają ani prawa ani lewa. Chcecie wiedzieć, co mówią zamiast „w prawo” i „w lewo”? To zapraszamy na nasz program! Dobranoc!
(Zuzia)

[1] Zdarzyło im się – taka powinna być kolejność słów.
[2] Dzień dobry! – oddzielnie.
[3] Może dasz mu jakieś inne imię, bardziej egzotyczne. I dalej wspomina on, że ma trójkę dzieci – to liczba…
.........
Szedłem sobie leśną ścieżką i nagle natknąłem się na małego chłopca.
-Kim jesteś? - zapytałem
-Jestem chłopcem z ludu Piraha...- odpowiedział.- A kim ty jesteś?
-Jestem Maciek, z Polski... Ile masz lat?
-Mniej niż mój ojciec. - odpowiedział. – Chodź, zabiorę cię do wioski.
-A jak daleko jest ta wioska?
-Niewiele metrów stąd.
-A mógłbyś mi powiedzieć dokładnie?
-O co ci chodzi?- zapytał.
-No wiesz, pięćdziesiąt, sto metrów stąd...
-Pięćdziesiąt? Sto? Co to „pięćdziesiąt” i „sto”?
Nagle przypomniałem sobie lekcję o tłumaczeniach i pomyślałem sobie: No tak. Przecież w języku Piraha nie ma liczb.
-Nie, nic. - powiedziałem szybko -Zaprowadź mnie do twej wioski.
Szliśmy tak około 10-15 minut i nagle zobaczyłem dym. Coś się pali - pomyślałem.
-Czemu idziemy w stronę pożaru?- zapytałem.
-To nie pożar, lecz dym unoszący się z kominów w wiosce.
-A ile domów jest w waszej wiosce?
-Kilka, mniej niż mam włosów na głowie, ale więcej niż liczba włosów mojego ojca. On jest łysy - odpowiedział i uśmiechnął się. Odwzajemniłem uśmiech.
Po kilku minutach, jak doszliśmy do wioski, wskoczyła na mnie jakaś pomarańczowa żaba. A wtedy usłyszałem jakby głos mojej mamy mówiącej:
-Wstawaj do szkoły! – i nagle pojawiłem się w moim łóżku. Okazało się, że to był tylko sen.
 
(Dominik)

...........

Pewnego razu kiedy wybrałem się do Australii, by poznać wioskę, w której nie używa się określeń „w lewo” i „w prawo” lecz zamiast używa się czterech kierunków świata - północ, południe, wschód i zachód. Kiedy dojechałem do wioski mieszkańcy spytali się mnie skąd przybywam, a ja odpowiedziałem, że przybywam z dalekiej krainy na północnym wchodzie. Byli zdziwieni, że odpowiedziałem poprawnie, a nie tak jak zwykli turyści. Chyba ich to ucieszyło, bo od razu sie uśmiechnęli.

Zaraz potem była wielka impreza (nie taka jak u nas), od razu po imprezie poszedłem spać, gdyż byłem bardzo zmęczony podróżą, i nawet jeśli łoże było zrobione z bambusa i liści, szybko zasnąłem.

Na następny dzień wszystko mnie bolało, ale i tak poszedłem z porpuriankowiczami na polowanie, bo bardzo chciałem zobaczyć las deszczowy, obok którego była położona wioska. Po paru godzinach złapaliśmy jakiegoś dzikiego ptaka, tapira oraz antylopę. Kiedy wracaliśmy do wioski zauważyłem, że jaden z łowców ma na plecach wielkiego czarnego żuka, więc krzyknąłem ze na plecach na zachodnim barku ma czarnego żuka. On powoli obrócił głowę w stronę zachodu i popatrzył na swój bark i bez strachu, powoli podniósł rękę i szybkim ruchem zrzucił go z siebie, obrócił się w moją stronę i kiwnął głową na znak wdzięczności.

Na obiad zjedliśmy antylopę, którą złapaliśmy, oraz ptaka na deser. Mięso ptaka smakowało słodko i rozpływało się w ustach, a mięso antylopy było trochę jak krowy. Po obiedzie wódz powiedział mi, że przynoszę im szczęście i zaśmiałem sie głośno, a on wraz ze mną. Na kolację zjedliśmy tapira, który smakował (nie wiem dlaczego) trochę jak kurczak. Wieczorem przyjechali po mnie ludzie, by zabrać mnie na lotnisko, z którego polecę na główne lotnisko, a stamtąd do Polski. Chyba nigdy nie zapomnę tej podróży, gdyż nauczyłem sie wiele... 
(Tymek)

Tak się to pisze: stąd, stamtąd, gdyż, poszedłem, liści, zauważyć, głową, nie wiem.